Antyszczepionkowa zaraza roznosi się po świecie mediów z siłą wodospadu.
Stop przymusowym szczepieniom. Nasze dzieci to nie króliki doświadczalne - pod takimi hasłami protestują rodzice, którzy nie chcą obowiązkowo zaszczepiać swoich pociech.
Protestujący to naiwni, biedni ludzie, padli ofiarą jednego z największych oszustw w nowożytnej historii nauki. Na tym oszustwie zbudowano cały tzw. ruch antyszczepionkowy. W dobie internetu; stabloidyzowanych mediów; podgrzewających temperaturę hien politycznych - rozlewający się po świecie z siłą wodospadu.
Był rok 1998, w naukowym piśmie brytyjskim „The Lancet" niejaki Andrew Wakefield przedstawił, jak to określił, „wyniki żmudnych badań", w których skupił się na przypadkach 12 chorych. Dowodził, że między tzw. szczepionką skojarzoną przeciw odrze, śwince i różyczce (MMR) a występowaniem autyzmu jest bezpośredni związek. Na Wyspach wybuchł popłoch, badania Wakefielda wzięli na warsztat naukowcy i dziennikarze śledczy. Jeden z nich, Brian Deer z „Sunday Times", ujawnił wstrząsające fakty. Wakefield, pod tezę, nie tylko manipulował dokumentacją, ale też fałszował historie chorób pacjentów. Dotyczyło to całej dwunastki badanych. Wyłudzał przy tym pieniądze i od szpitali, w których pracował, i od koncernów farmaceutycznych produkujących szczepionki. Ministerstwo zdrowia Wielkiej Brytanii powołało specjalną komisję, przez 270 dni zajmowała się antyszczepionkowym oszustwem. Zacni profesorowie bez wątpliwości potwierdzili ustalenia Deera - pozbawili Wakefielda prawa wykonywania zawodu na terenie Wielkiej Brytanii, „The Lancet" wycofał wszystkie jego publikacje.
Jednak lawina, którą uruchomił oszust z Wysp, na dobre już się toczyła przez świat. Nie ma sposobu, by ją zatrzymać. Rodzice dzieci chorych na autyzm z dużą łatwością wpadają w sidła zarzucone przez hochsztaplera.
Czy szczepionki to samo dobro i nie niosą ze sobą skutków ubocznych? Nie, wciąż trwają badania nad ulepszaniem ich składu i ograniczeniem zagrożeń. Ale właśnie dzięki szczepionkom udało się wyeliminować dziesiątki chorób, które zaledwie kilka dekad temu, siały spustoszenie również wśród polskich dzieci.
Przykład - choroba Heinego-Medina. W latach 50. w Polsce zdiagnozowano ją u tysięcy maluchów, tylko w Szczecinie trwałymi kalekami po HM zostało 750 osób (szacunek mocno zaniżony przez PRL-owskie władze). To wywodzący się z Polski amerykański emigrant Hilary Koprowski wynalazł skuteczną szczepionkę, dzięki której dzisiejsze pokolenia nawet nie słyszały nazwy Heinego-Medina, nie mają pojęcia, do czego ją przykleić. Na świecie choroba występuje jedynie w Afryce, gdzie nie ma obowiązkowych szczepień przeciw niej. Przypadek?
Szkoda, że, jak na razie, nikt nie wymyślił szczepionki na kłamstwo i manipulację. Wtedy o ruchu antyszczepionkowym też szybko byśmy zapomnieli.
